rss
19 lut

ROWER - UCIECZKA PRZED ŚWIATEM

Tagi: rower,kielce,sens,ruch to zdrowie

Kategoria: rowerowe

Od dłuższego czasu zbieram się, żeby w kilku zdaniach scharakteryzować moje zamiłowanie do ROWERU. Czym stało się dla mnie przemierzanie kilometrów na dwóch kółkach, nie rzadko w samotności, niezależnie od pogody i temperatury, często w trudnym terenie i bez żadnego profesjonalnego sprzętu? Czy można doszukiwać się w tym jakiegoś celu? Czy w ogóle ma to jakikolwiek sens?

Kiedyś, za czasów około szkolnych rower był moją furtką na "świat", nie byłem jednym z tych szczęśliwców, którzy posiadali motorynkę czy Jawkę. O Simsonie w ogóle nie mogłem nawet pomarzyć wiec marzyłem o kolarzówce. Pamiętam jak przez Kielce przebiegał jeden z etapów TOUR DE POLOGNE, jak stałem przy barierce z watą cukrową w ręce i gapiłem się na herosów na pięknych bajkach. To wtedy zapragnąłem zostać kolarzem. )) Jako, że schyłkowe lata PRLu przypadły na okres mojego dorastania, i choć to dziś dla wielu nieprawdopodobne ale były czasy, że na sklepowych pólkach poza kurzem był jedynie ocet, to o coś takiego jak kolarzówka było dla przeciętnego obywatela równie ciężko jak dziś dostać się do lekarza specjalisty na NFZ. W moim mieście był jeden sklep rowerowy, wiec jak poszła fama, że będzie dostawa, moja kochana Mama zacumowała w długiej kolejce na kilka dni w oczekiwaniu na Stara z towarem. Niestety to wtedy moje "wielkie marzenie" legło w gruzach, bo kolarzówki dla mnie brakło i zostałem renegatem na WIGRY_3.)))

Nigdy nie oszczędzałem sprzętu, wiec te kilka rowerów jakie przewinęły się przez moje ręce nie raz odwiedzały speców ze spawarką po krasz testach jakie im fundowałem. To wtedy dowiedziałem się, że składaki nie są BMXami, ale nie znaczyło to, że nie można nimi troche poszaleć. Niestety nie było mnie stać na najnowsze rowery wiec trzeba było dbać o to co się miało. Mimo, że mocno doświadczane to mechanicznie w 100% sprawne i zawsze kilka razy w sezonie serwisowane osobiście przeze mnie w domowym warsztacie OCC. Znałem każdą śrubkę w rowerze i każdą kulkę w łożyskach, starałem się dbać o mechanizmy i utrzymywać je w czystości, przynajmniej do kolejnej wyprawy po jakichś bezdrożach.)))

Pięknie ta historia się rozkręcała i mógłbym tak godzinami wspominać tamte czasy, wycieczki w kierunku Św.Katarzyny, ganianie się po osiedlu i ucieczki przed Policją, mniejsze lub większe wypadki i potrącenia przez samochody ale czas szybko leciał i jak gilotyną odcięty, nagle zaczołem chodzić do pracy, stałem się "dorosły" i przesiadłem do samochódu. To niesamowite, że człowiek tak może się zmienić, ale Bycie Odpowiedzialnym pobiera duży podatek od ludzi nieobdarzonych "szczęściem" posiadania taty na kierowniczym stanowisku.)))) Dobrze, że udało mi się zachować tą iskrę w sobie bo mój lekko niepokorny charakter zmuszał mnie co trochę do porzucania gajera i zakładania a to kasku motocyklowego a to koszulki piłkarskiej. Zawsze lubiłem wysiłek fizyczny wiec po kilku latach "posuchy" nastał czas piłki nożnej. Nie było meczu z którego nie wracał bym poobijany, z kontuzjami i zadrapaniami. Raczej nie grywałem zachowawczo i nie unikałem walki wiec prędzej czy pózniej musiało sie to źle skończyć. Najpierw po bardzo mocnym uderzeniu wylew w prawym oku, szpital i ponad półroczna rehabilitacja, a zaraz potem jak tylko wróciłem na boisko zerwane więzadła, orteza, punkcje i szpital. Młody organizm to się szybko regeneruje, hehehe, wiec jakoś się pozbierałem, niestety na boisko już nie mogłem wrócić bez operacji. Znowu nastał czas, w którym największym wysiłkiem fizycznym było wyniesienie worka ze śmieciami do kosza a długość spaceru ograniczała sie do drogi do garażu. Kolano dawało o sobie mocno we znaki wiec musiałem być ostrożny, do tego doszły problemy z kręgosłupem a wszystko sie pogłebiało z powodu specyfiki pracy i braku ruchu. Organizm, pewnie nie tylko ludzki, jest tak skonstruowany, że musi się ruszać, i z wiekiem chyba coraz bardziej to widać a raczej czuć w kościach.

Półtorej roku temu odgrzebałem więc swojego 15 letniego górala, klasy Tesco, przejrzałem z grubsza mechanizmy i postanowiłem wrócić na ścieżki rowerowe. Była to ostatnia deska ratunku dla moich obolałych pleców i niezoperowanego kolana. Dodatkowo zmotywowała mnie do tego Unia Europejska z funduszy, której rozkopano połowę miasta i dojazd gdziekolwiek samochodem wyraźnie odbijał się na stanie układu nerwowego. Jako, że moja kondycja była adekwatna do ilości owych ścieżek rowerowych w Kielcach, powolutku bez pośpiechu zacząłem łapać bakcyla na nowo i po sezonie 2011 postanowiłem przesiąść się na nieco lepszy rower. W zeszłym roku już zupełnie przesiadłem się na dwa kółka bo zabawa zaczęła mnie mocno wciągać. Coraz dłuższe trasy, coraz trudniejsze wyzwania, coraz większa radość.

Wrzesień zeszłego roku wydawał się końcem sezonu rowerowego bo pogoda była fatalna, deszcz, zimno, brak słońca nie zachęcały do spędzania czasu na "świeżym powietrzu". Zacząłem już nawet podsumowywać przejechane kilometry i myślałem odwiesić rower na hak. Aż do pojawienia się pomysłu na odjechane zakończenie roku na dwóch kółkach, o czym pisałem tutaj:

http://blog.wiktortaszlow.art.pl/19/34-11_listopada_dookoLa_kielc.html

Po tamtym wypadzie zrozumiałem, że rower jest sprzętem całorocznym i pojawił się plan przejechania całej zimy na dwóch kółkach. Staram się więc od tamtej pory niezależnie od pogody i temperatury systematycznie co niedzielę a czasem i kilka razy w tygodniu wyskakiwać na 40-60 kilometrowe spacery po uroczej Kielecczyźnie. Jako, że często jeżdżę sam to i czasu na zastanowienie się nad tym fenomenem dwóch kółek jest więcej, próbuję od jakiegoś czasu dopisać jakąś fajną filozofie do tego bo wiem, że puste miejsce w mojej głowie zaczyna coraz częściej zajmować podróżowanie rowerem.

Wiec tak ja to teraz widzę. Jest to dla mnie taka mała fabryka, która zamienia ból, zakwasy i zmęczenie na radość i uśmiech. Pozwalająca doładować akumulatory, oderwać się od gleby na kilkanaście centymetrów i porzucić przyziemne problemy wyżerające nas jak kwas każdego dnia. Często jak jadę sam, wrzucam sobie program motywacyjny i jakieś nowe wyzwania, sprawdzam sam siebie czy podołam. Ze zdziwieniem zauważyłem, że przestałem się poddawać i w 95% udaje mi się zrealizować plan. Coraz trudniejsze trasy, nowe rekordy prędkości czy coraz wyższe podjazdy to tylko narzędzia do zweryfikowania swojej wytrwałości i udowodnienia sobie samemu, że dam rade, że nie jestem jeszcze wapniakiem. Ale tak naprawdę nie o to wszystko chodzi... Często słyszę o ludziach porzucających swoje dotychczasowe życie i zaczynających nowa podróż....  A czym tak naprawdę jest ta podróż jak nie ucieczką... Ucieczką przed światem, na którym się zawiedli, który nie daje już satysfakcji... No i pewnie każdy prędzej czy później zacznie jakąś podróż... jedni uciekną w alkohol, inny prochy, można stać się zgorzkniałym i nieprzyjemnym dla innych lub nieszanując siebie popaść w szał cielesnych uciech... jest też dużo pozytywnych ucieczek, hobby, pasje, sport itp.

Jest dużo możliwości, jedne lepsze inne gorsze ale każda jest reakcją na coś... nie mam fakultetu w tym temacie wiec nie drążę tematu, ale wiem czym dla mnie stał się ROWER.

Wojna na Ukrainie, Europa nic nie robi w tej sprawie, w Syrii co dzień giną ludzie a mocarze tego świata nie widząc tam interesu bagatelizują temat, w kraju politycy prześcigają się sposobach upodlenia szarego człowieka, absurd goni absurd. W moim rodzinnym mieście marnuje się miliony złotych z kasy miejskiej na wątpliwą "promocje Kielc" pakując kasę w klub piłkarski a dzieciakom w szkołach i przedszkolach zabiera się zajęcia dodatkowe bo na to już brakuje kasy. Przykłady chorego systemu można mnożyć. Już od dawna nie oglądam wiadomości, bo ciśnienie mi za bardzo skacze.  Jednak gdzieś się kumuluje w nas ta negatywna energia, która musi znaleźć jakieś ujście bo inaczej nas rozsadzi od środka a modni dziś psycholodzy już na to czekają. Niech do tego dojdzie trochę problemów prywatnych i bomba gotowa. Trzeba znaleźć jakiś zawór bezpieczeństwa i takim właśnie stał się dla mnie ROWER.

Ucieczką przed światem, na który nie mam wpływu. Ruch na świeżym powietrzu, piękne widoki, brak pośpiechu, to wszystko daje radość. Serdecznie polecam wszystkim wskoczyć w jakiś ładny dzień na rower i pognać przed siebie. Gwarantuje, że jeśli nie braknie wam motywacji bardzo szybko poczujecie jaką radość to daje. I plecy już nie bolą i w kolanie nie strzyka tak często ...)))))

 

Podpisuję się pod hasłem poety z Białegostoku obiema rękami:

żródło: https://www.facebook.com/kocham.swoj.rower?ref=stream

 

12 lis

11 LISTOPADA DOOKOŁA KIELC

Tagi: trasa, bike, błoto, Cedzyna, Dobromyśl, dętka, Kielce, Patrol, Piaski, plan, route, rower, S7, trip, wycieczka, Zagnańska

Kategoria: rowerowe

Plan na objechanie Kielc na rowerze liniami granic administracyjnych pojawił się późną wiosną jak zaczynałem się ponownie “wkręcać” w temat rowerowania. Poszperałem wtedy w googlu i poszukałem aktualnych map miasta. Potem próbowałem to rozrysować na w miarę dokładną trasę rowerową. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że jest około 80km tych granic, wiec nie będzie to taka zwykła przejażdżka, zwłaszcza że 3/4 trasy do przejechania bezdrożami ( http://ridewithgps.com/routes/2662631 ). Próbowałem zarazić kumpli tym planem, bo samotnie się trochę dłuży taki trip i w razie jakiejś awarii czy kontuzji zawsze dobrze mieć kompana przy boku. Ale jak to bywa ciężko było zebrać ekipę na całodniowy wypadzik.

 

Przez cały sezon gdzieś tam miałem w głowie ten plan ale jeździło się sporo po województwie i nie narzekałem na brak wrażeń rowerowych, wiec już praktycznie odpuściłem. Kiedy przyszedł listopad i zrobiło się zimno było już prawie pewne, że Kielc nie uda się objechać w tym sezonie. Zrobiłem sobie nawet już małe podsumowanie i nie uwzględniałem w nim większych wycieczek rowerowych na ten rok. Światełko w tunelu pojawiło się na początku miesiąca, spojrzałem jak “układa” się święto 11 Listopada w przedłużony weekend i dodatkowy dzień wolny dawał nadzieje na skompletowanie ekipy rowerowej. Rzuciłem ponownie na grupę temat ”DOOKOŁA KIELC“… miałem nadzieję, że wśród braci rowerowej pozostało jeszcze odrobinę werwy na jakieś fajne zakończenie sezonu. Ku mojemu zdziwieniu nastała błoga cisza… jakby zmęczone rowery wraz ze swoimi jeźdźcami zapadły już w zimowy sen.

 

Mimo wszystko decyzja już zapadła. Zasiadłem ponownie do studiowania map. Większość z tej trasy przebiegała nieznanymi mi ścieżkami wydeptanymi wzdłuż lasów i przez pola. Nie posiadam GPSu  (nie do końca wierzę tym bezmyślnym urządzeniom) wiec musiałem nauczyć się trasy praktycznie na pamięć. Wydrukowałem kilkustronicową ściągawkę w razie jakbym gdzieś pobłądził po drodze i zacząłem się psychicznie nastawiać na zrealizowanie planu. Z całej ekipy rowerowej jedynie Tomasz zadeklarował chęć późnojesiennego wypadu na rowerze w lasy i knieje. Umówiliśmy się jak zwykle w parku koło Muszli Koncertowej o 7 rano 11 listopada.

 

Nakręciłem się na tą trasę jak dzieciak do tego stopnia, że nie mogłem zasnąć wieczorem w przeddzień wyprawy a jak już się udało to śniła mi się jazda ))) hehehe

 

O szóstej rano pobudka, kawa, szybkie śniadanie,  sprawdzenie czy wszystko spakowane w plecak i za dziesięć siódma już jechałem na umówione miejsce spotkania. W parku miła niespodzianka, dołączył do na znajomy Tomka wiec w trzójkę wyruszyliśmy w kierunku Górek Szczukowskich gdzie zaczynała się nasza trasa.

16 kilometr a rumak jeszcze czysty ))) to już niebawem się zmieni

 

Początek trasy nie zapowiadał tego co niebawem miało się zacząć ))) czyli błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Jako, że próbowaliśmy jak najbardziej to możliwe trzymać się wyznaczonej trasy, już na 18 kilometrze wpakowaliśmy się dość głębokie, pełne gęstej brudnej mazi, drogi oddzielające mężczyzn od chłopców. Niestety dwa poprzednie dni padał deszcz, a że było dość zimno i wilgotno ziemia nie poradziła sobie z wchłonięciem takich ilości wody, nawet w lasach było dość grząsko.

Pierwszy króciutki postój na 20 kilometrze w okolicy zbiorników wody na Gruchawce.

Rzut oka na rowery i pierwsze wnioski. Hamulce tarczowe znacznie lepiej by sobie radziły. Klocki w takim środowisku pracy, nie spełniają swojego zadania, skuteczność hamowania jest dużo mniejsza w błocie, a jak się potem okazało piach dość mocno podniszczył gumę powodując znacznie większe tarcie, zupełnie jakby felga była pokryta gruboziarnistym papierem ściernym.

Niestety podczas tego postoju okazało się również, że Fenek (znajomy Tomka) planuje się niebawem odłączyć od peletonu. Póki co ruszamy dalej, mijamy tory kolejowe na Piaskach i kierujemy się do ulicy Zagnańskiej przez las.

Na 25 km w okolicy zakładu karnego na Piaskach 1/3 ekipy rezygnuje a my dzielnie ruszamy dalej ku przygodzie. )) Lasy na Siejach i w okolicy Dąbrowy oraz pierwszy telefon od żony (wrrrr) skutecznie nadszarpnęły morale mojego ostatniego kompana. Wiedziałem już, że będzie ciężko dokończyć tą trasę…. Kolejne kilometry błota i podjazdy ale dawaliśmy rade, nawet złapanie kapcia przez Tomka w okolicy ogródków działkowych nie zniechęcały mnie do dalszej jazdy. Tu szacunek dla Darka, który przywiózł nam samochodem nową dętkę i pomógł w jej wymianie. )))

Po przymusowym pitstopie ruszyliśmy przez ogródki w kierunku Domaszowic a potem Cedzyny, gdzie zrobiliśmy skok na sklep i postój na drugie śniadanie. Dalej objazd zalewu w Mójczy i mycie rowerów w rzece, bo rumaki już prawie wcale nie hamowały i były dodatkowo dociążone kilkoma kilogramami błotka. Niestety w tym miejscu mój drugi kompan podjął decyzje, że nie będzie dalej kontynuował podróży…((((( Na ulicy Prostej na 47 kilometrze się rozdzieliliśmy a ja pojechałem dalej. Nadszarpnęło to nieco i moje morale i już nie byłem pewien czy dojadę do końca ale postanowiłem, że przynajmniej spróbuje. Na szczęście troszkę się rozpogodziło ( o ile w ogóle to możliwe w listopadzie przy 8 stopniach celcjusza) i czułem, że słonko mi dopinguje, wiec jechałem dalej.

Widok na Kielce z okolic Ostrej Górki Na 60km mijając ulicę Piotra Ściegiennego w Dyminach podjąłem decyzję zmodyfikowania nieco pierwotnej trasy i kierowania się w dalszą podróż drogami utwardzonymi. To pozwoliło mi kontynuować jazdę trzymając się w miarę blisko wyznaczonej trasy ale nie ryzykować jakiejś awarii lub co gorsza kontuzji ( nie raz w tym błocie się przewróciłem ).

 

Widok na kopalnię kruszyw w Sitkówce

Słowik i podnóża góry Patrol

Ostatnia strona ściągi, chyba się uda dokończyć trasę )))

Wg mapy powinienem wjechać na Patrol ale nie zaryzykowałem samotnego podjazdu po tych liściach, zwłaszcza, że podejście tu pieszo stanowi nie lada wyzwanie a co dopiero wjazd na rowerze. Dalej już trasa wydawała się prosta, choć chyba już ze zmęczenia pomyliłem nieco drogi w okolicach Zalesia i Dobromyśla. Pojechałem za daleko i po raz kolejny tamtego dnia przeciąłem Trasę S7.

Widok na Kielce z Dobromyśla

To już były ostatnie kilometry i muszę przyznać, że czułem radość i małą satysfakcje więc nawet znalazła się chwila na tzw samojebkę.

Rower, poza hamulcami, spisywał się bardzo dobrze, choć wyglądał adekwatnie do tych ton błota, które wspólnie przerzuciliśmy tego dnia. Ja też byłem cały brudny ale jak tak dziś po kilku dniach piszę ten tekst, chętnie znów bym wyskoczył na taki offrołdowy rajdzik.

Ostatnie 10km to już w zasadzie powrót asfaltem do domu. Po dotarciu do Górek Szczukowskich i “zamknięciu okręgu” poczułem się naprawdę dobrze )))

Słonko chyliło się już ku zachodowi była godzina 16, jak sobie potem policzyłem 9 godzina jazdy. Chyba wyglądałem dość zabawnie taki ubłocony bo ludzie na ulicach się uśmiechali na mój widok. Mimo delikatnego zmęczenia podjechałem jeszcze na myjnie bezdotykową umyć “bajka”, należała mu się ta kąpiel podobnie jak mnie prysznic.

 

Na koniec tego przydługiego postu mapka trasy jaką przejechałem 11 Listopada i trochę statystyk.

WIKTOR TASZŁOW | PHOTOGRAPHY BLOG © 2012